Takiej herbaty jeszcze nie piłam! Co więcej, dopiero tydzień temu dowiedziałam się, że taka herbata istnieje – można by powiedzieć – prawdziwa ice tea. I nie chodzi tu ani o herbatę z lodem, ani o napój ze sklepowych półek, ani o japońskie koridashi.
Herbata, o której mowa różni się od innych, bo w procesie produkcji, nie przechodzi etapu suszenia, zamiast tego liście są po prostu mrożone. Herbata przychodzi do nas w różnej formie, sypana, w ciastkach, tabliczkach, kulkach – ale niezależnie od kształtu jest to susz. Także możecie sobie wyobrazić moje podekscytowanie tą innowacją w świecie herbaty.
Informacje o herbacie:
- Pochodzenie: Chiny, Guangdong
- Producent: Abian
- Rodzaj herbaty: oolong
- Gatunek herbaty: mrożony (sic!) Dancong z Gór Feniksa
- Odmiana krzewu (kultywar): Huang Zhi Xiang
Od producenta dowiedziałam się, że proces produkcji wygląda w uproszczeniu tak: zbiór → więdnięcie → zuoqing (etap charakterystyczny dla oolongów) → zatrzymanie oksydacji → rolowanie → mrożenie
Herbata pakowana jest próżniowo w niewielkie, przeźroczyste torebki. I taka mrożona herbata trafia do klientów.
Podejście do parzenia było ciekawe, ogrzewać naczynie, czy nie ogrzewać? Herbata jest przecież zupełnie zmrożona… Ostatecznie nie ogrzewałam naczyń, otworzyłam małą paczuszkę z herbatą i wrzuciłam zmrożony 'placek’ do gaiwana (150ml).

Porcelanowy gaiwan wydał cichy dźwięk, jakby sam się zdziwił, że takiej herbaty to jeszcze nie widział! Połowa 10-gramowej porcji wystawała ponad brzeg naczynia, ale stwierdziłam, że nie będę na siłę upychać liści, bo nie chcę ich niepotrzebnie uszkadzać. Pod wpływem gorącej wody zmiękną i same wylądują na dnie.
I tak też się stało, zaraz po zalaniu gorącą wodą cała porcja ładnie zmieściła się w naczyniu.
Natychmiastowo, kiedy woda uderzyła w liście, buchnął z nich fantastyczny zapach, bardzo wyraźny, słodki, kwiatowy zapach. Pierwszy przyszedł mi na myśl jaśmin.
Producent zaleca bardzo szybkie płukanie herbaty (pewnie aby ją rozmrozić), ale nie chciałam pozbywać się tego pierwszego naparu. Liście zaparzają się błyskawicznie, wystarczy kilka sekund, aby napar nabrał mocy.

Jest wyraźna różnica w porównaniu z zaparzaniem 'normalnej’ suszonej herbaty. Susz wymaga trochę czasu, aby nasiąknąć wodą, suche liście potrzebują trochę czasu, aby się rozwinąć. W przypadku mrożonej herbaty, ten problem (nie tyle problem, co zjawisko), nie występuje. Liście są od razu w stanie gotowości.
Mrożenie doskonale zachowało aromaty. Ale myślę, że przez brak suszenia, prażenia były one bardziej 'zielone’. Przyszła mi na myśl zielona skórka od banana, w smaku było też trochę zielonej cierpkości, skoszonej trawy. Procesy chemiczne występujące normalnie w liściach przy ich prażeniu i suszeniu nie zaszły, także niektóre dojrzalsze nuty się po prostu nie rozwinęły. W końcu to poszczególne etapy produkcji formują ostateczny charakter herbaty. A tu mieliśmy mrożenie.
Dancongi są generalnie bardzo aromatycznymi herbatami, wiele z nich pachnie jak ekskluzywne perfumy, ale to był wyższy poziom. Herbata bardzo intensywnie pachniała przez całą sesję. Aromat nie wydawał mi się jadnak tak złożony, jak przy 'zwyczajnych’ suszonych oolongach tego typu. Wyczułam w zasadzie jaśmin, moringa i zieloną nutę w tle (zielony banan, skoszona trawa).
Herbata okazała się też bardzo cierpliwa, a naprawdę nie wiedziałam czego się spodziewać w tej kwestii. W pewnym momencie straciłam rachubę, ale na pewno było więcej niż 12 parzeń. Zauważyłam również, że parzenia trzeba robić bardzo szybko, jeśli pozwoli się liściom leżeć w gorącej wodzie nawet o parę sekund za długo pojawi się zbyt dużo cierpkości, balans zostanie zachwiany.
Jeśli chodzi o liście to wyglądały ładnie, w większości zielone, tylko lekko utleniane i nie za bardzo porozrywane.

#TeaNerdMusings Przy okazji tej herbacianej sesji zastanawiałam się, czy można w tym wypadku mówić o nowym rodzaju herbaty (jak wiecie, według klasyfikacji profesora Chen Chuan’a jest ich 6)? Myślę, że przejście etapu zuoqing sprawia, że herbata ta mimo wszystko wpadnie do i tak już dużego worka 'oolong’ (tak też określił ją sam producent). Ale wiadomo, że nie wszystkie herbaty muszą równiutko pasować do szufladek, także sądzę, że klasyfikacja pozostaje niewzburzona.
Nie wiedziałam czego spodziewać się po tej mrożonej herbacie, ale naprawdę mi się spodobała. Zamawiam więcej, bo aura sprzyja mrożonym przesyłkom, potem siup do zamrażarki.
